Potwierdź swój wiek

Czy masz ukończone 18 lat?

Opowieść Jennifer – Tom II – Złodziejka kosmicznej żądzy

Rozdział 1

Zaklęcie imienia

Thalira Virell – Złodziejka kosmicznej żądzy Cicillia była wychowanką Jennifer, córką królewskiego rodu oddaną pod opiekę czarodziejki, by nauczyć się tego, czego nie uczą na dworach — sztuki magii, która nie służy władzy, lecz równowadze świata.
Wieża Jennifer nie była miejscem spokojnym. Magia oddychała tu sama, a ściany pamiętały każde wypowiedziane zaklęcie. W głębi komnaty, na kamiennym piedestale, spoczywała fiolka Spermathora z zamkniętą esencją pierwotnej energii — substancją, którą Jennifer traktowała jako jedno z najbardziej niebezpiecznych źródeł mocy w znanym wszechświecie. Jennifer zabezpieczyła ją przed dotknięciem niepowołanych za pomocą potężnych zaklęć kary i trasmutacji.
Cicillia patrzyła na nią zbyt długo.
Gdy Jennifer odwróciła się ku księgom, dziewczyna zrobiła krok, który miał zmienić wszystko. Sięgnęła po fiolkę, kierowana ciekawością silniejszą niż strach.
„Cicillio…” — głos Jennifer nie był głośny, ale wypełnił całą przestrzeń.
Za późno.
Zaklęcie spadło jak fala bezdźwięcznego światła. Nie było bólu, tylko nagłe przesunięcie rzeczywistości — jakby świat przestawił jej duszę na inny tor istnienia.
Kiedy wszystko ucichło, Cicillia już nie istniała.
Na jej miejscu stała Thalira Virell — jaszczurza istota związana z Morzem Libidowego Prądu, nimfa utkana z magii kary i transformacji, której imię brzmiało jak echo czegoś obcego, ale nieuniknionego.
Jennifer podeszła powoli, patrząc na nią bez gniewu.
– To nie jest wyrok. To droga — powiedziała cicho. — Jeśli chcesz odzyskać siebie, odnajdziesz płonący kwiat Audrithra Vireluna. Tylko on może odwrócić zaklęcie imienia.
Thalira poczuła, jak świat, który znała, odpływa w nieznane głębiny, a jej nowe imię zaczyna rezonować z czymś ogromnym — czymś, co dopiero budziło się gdzieś między gwiazdami.
A to był dopiero początek.

Rozdział 2

Kwiat nie z tego świata

Audrithra Vireluna – Kwiat nie z tego świata Audrithra Vireluna nie była rośliną z Ziemi — nigdy nie miała nią być. Jej pierwszy puls życia narodził się w przestrzeni pomiędzy światami, tam gdzie pękła granica między materią a snem kosmosu. Według starych kronik astralnych kwiat wyrósł z resztek martwej gwiazdy, która nie zgasła całkowicie, lecz skondensowała swój ostatni błysk w formę życia.
Przybył na Ziemię w czasie zaćmienia słońca, gdy fragment gwiezdnej esencji spadł na młody świat. Nie zakorzenił się w glebie, lecz w samej strukturze magii planety. Dlatego Audrithra świeci — nie światłem słońca, którego nigdy nie widział, lecz wspomnieniem narodzin wszechświata, które nigdy nie przestało rezonować. Ukryty w samym sercu puszczy Fantasmagoru, gdzie gęste gałęzie pradrzew odcinają słoneczne światło, czeka na swoje ofiary.
Jego płatki są delikatne jak szkło, a jednocześnie ostre jak myśl, która przecina rzeczywistość. Kwiat nie jest jednak tylko piękny. W jego wnętrzu pulsuje krwiożercza natura — głód energii życiowej i emocji, które karmią jego rozrost. Tam, gdzie zakwitnie, rzeczywistość zaczyna się zmieniać, a granice między pragnieniem i magią stają się niebezpiecznie cienkie.
Dlatego właśnie Audrithra Vireluna jest obiektem pożądania najpotężniejszych czarodziejek i czarodziejów. Nie chodzi im o piękno, lecz o władzę nad źródłem, które nie podlega żadnym znanym prawom — o możliwość kształtowania uczuć, losu i samej energii życia. Jednak każdy, kto próbował go ujarzmić, odkrywał, że kwiat nie daje się posiadać — on wybiera sobie nosiciela.
Mówi się, że pierwsze pojawienie Audrithry na Ziemi zbiegło się z nocą, w której niebo rozdarło się jak tkanina, a gwiazdy na chwilę przestały być stałe. Od tamtej pory kwiat powraca tylko wtedy, gdy równowaga światów zaczyna się chwiać.
A jednak istnieje jedno pytanie, którego nawet najstarsze zaklęcia nie potrafią rozwiązać — kto tak naprawdę zasiał go tutaj i dlaczego teraz jego korzenie zaczynają sięgać głębiej niż kiedykolwiek wcześniej…

Rozdział 3

Strażnik imienia

Silvaron – Strażnik imienia Cicillia — teraz Thalira Virell — ruszyła w głąb świata, który nie miał już dla niej litości. Audrithra Vireluna była jedyną nicią prowadzącą ją z powrotem do tego, kim była przed zaklęciem Jennifer. Każdy krok w stronę północy wydawał się jednocześnie krokiem w głąb własnej utraty.
Las Fantasmagoru nie przypominał żadnego miejsca na Ziemi. Drzewa rosły tu zbyt wysoko, jakby chciały dotknąć wspomnień nieba, a ich korony splatały się w gęsty, niemal świadomy mrok. Światło nie znikało — ono było tu po prostu niechciane.
Gdy Thalira przekroczyła granicę drzew i stanęła na brzegu jeziora. Cisza nie była już pustką, lecz obecnością.
– Stój!
Głos nie przyszedł z jednego kierunku. Otaczał ją, jakby las mówił jednym gardłem.
Z wody wyłonił się Silvaron — tryton, strażnik granicy między tym, co żywe, a tym, co zapomniane. Jego spojrzenie było spokojne, ale w tym spokoju kryło się coś starszego niż strach.
– Każdy, kto wchodzi tutaj, musi coś oddać — powiedział. — Ale ty… ty niesiesz w sobie pęknięcie. Daj mi to, czego jeszcze nikt nigdy od ciebie nie posiadał.
Thalira zmrużyła oczy.
– Nie mam nic, czego nie odebrano mi już wcześniej.
Silvaron uśmiechnął się lekko, jakby ta odpowiedź była jedynie pierwszym ruchem gry.
– Nieprawda. Nadal masz wybór. A ja mam dar prawdopoznania.
Ich rozmowa stała się pojedynkiem — nie na miecze ani zaklęcia, lecz na słowa, które cięły głębiej niż stal. Tryton mówił o równowadze, o tym, że każde imię jest długiem wobec świata. Thalira odpowiadała gniewem i pustką, która w niej narastała.
Aż w końcu zrozumiała, czego od niej żąda.
Chociaż dawno poznała już tajniki sztuk miłosnych, jeden obszar jej ciała pozostawał nietknięty. Teraz tryton zaszedł ją od tyłu i czekał. Thalira przez chwilę walczyła z tą myślą. Potem spojrzała w głąb mroku lasu, gdzie Audrithra Vireluna zdawała się ją wzywać bez słów. I ustąpiła.
Silvaron objął ją i wolno wszedł od tyłu, jakby właśnie zakończył rytuał, który trwał od wieków. Thaliria siłą opanowała początkowe chwile bólu, by wkrótce odkryć rozkosz, jakich nigdy wcześniej nie doświadczyła.
– Teraz możesz przejść — powiedział tryton cicho i zniknął w głębinach.

Rozdział 4

Zagadka

Lacertis – Zagadka Thalira Virell szła dalej przez las Fantasmagoru, aż drzewa zaczęły ustępować miejsca kamiennym kręgom porośniętym mchem. Powietrze stało się ciężkie, jakby samo myślenie miało tu swoją wagę.
W centrum kręgu czekał Lacertis — prastary jaszczur, o którego mądrości krążyły legendy. Prawdę mówiąc Thalira kiedy jeszcze nazywała się Cirilla, była pewna, że i sam jaszczur jest tylko legendą. Ale kiedy go zobaczyła, nie wiadomo skąd, od razu wiedziała, że to on. Jego łuski przypominały wypalone gwiazdy, a oczy odbijały nie jeden świat, lecz całe ich warstwy. Nie mówił od razu. Najpierw ocenił jej obecność, jakby czytał ją od środka.
– Każdy, kto idzie dalej, musi przejść przez pytanie, którego nie da się ominąć — syknął cicho. — Nie siłą. Nie magią. Tylko prawdą, której najbardziej się boisz.
Przed Thalirą pojawiła się zagadka:
Jest cichsze niż szept, a porusza gwiazdy.
Nie ma ciała, a sprawia, że światy się zbliżają.
Nie zna granic, choć rodzi się między dwoma istotami.
Czasem jest jak ogień, który nie spala, lecz wiąże.
Czym jest ta siła?

Thalira zmrużyła oczy.
– To magia — odpowiedziała pierwsza.
Lacertis nawet nie drgnął.
– Nie.
Zacisnęła pięści.
– To pragnienie władzy.
Łuski jaszczura lekko zadrżały.
– Bliżej… ale wciąż nie. Masz ostatnią próbę. Jeśli odpowiesz źle, staniesz się driadą, na zawsze związaną z jednym z drzew rosnących wokół tej polany.
Las wokół niej jakby się zbliżył, słuchając i czekając.
Thalira milczała długo. W jej wnętrzu coś, czego nie chciała nazywać, zaczęło pulsować — wspomnienie utraty, przyciągania, więzi, której nie dało się kontrolować.
– To namiętność — powiedziała w końcu ciszej. — Siła, która łączy i niszczy jednocześnie.
Przez chwilę wszystko zastygło.
A potem drzewa jakby odstąpiły, a Lacertis opuścił głowę.
– To jest odpowiedź.
Kamienny krąg rozświetlił się na moment bladym, pradawnym światłem. Przejście stanęło przed nią otworem, jakby sam świat uznał jej wybór.
– Idź — powiedział jaszczur. — Ale pamiętaj: to, co nazwałaś, zawsze wraca w innym kształcie. Przypomni ci o tym ten korzeń magicznej siły. Wyrzeźbiono na nim moją twarz. Gdy zabraknie ci siły lub utracisz wiarę w moc namiętności, wsuń go w najintymniejsze miejsce, a znów poczujesz moc.
Thalira ruszyła dalej, nie wiedząc jeszcze, że odpowiedź, którą dała, była również ostrzeżeniem.

Rozdział 5

Każda droga istnieje

Triumval – Każda droga istnieje Las Fantasmagoru gęstniał z każdym krokiem, jakby sam świat zamykał za Thalirą drogę odwrotu. Drzewa rosły coraz bliżej siebie, ich korony splatały się w ciężki, nieprzenikniony sklepienie, przez które nie przenikało już nawet wspomnienie słońca. W tej części lasu trwał wieczny półmrok — naturalny stan rzeczy, jakby światło nigdy nie miało tu prawa istnieć.
Thalira Virell czuła, że korzeń Lacertisa pulsuje przy jej piersi, reagując na coś, co znajdowało się głębiej w mroku, niż sięgał jej wzrok.
Gdy weszła na otwartą przestrzeń, ziemia stała się gładka i ciemna, jak wypolerowany kamień. W centrum czekał Triumval — wnuk Scylli, istota trójdzielna, jakby sama decyzja miała tu ciało. Jego forma nie była stała; zmieniała się subtelnie, jak echo trzech bytów istniejących w jednym punkcie.
Nie mówił od razu. Najpierw spojrzał na nią trzema spojrzeniami naraz — każdym innym, każdym prowadzącym w inną stronę.
– Każda droga istnieje — powiedział w końcu. — Ale tylko jedna prowadzi do tego, co nazywacie celem. Dwie pozostałe prowadzą do mnie.
Przed Thalirą rozświetliły się trzy ścieżki.
Pierwsza była jasna i spokojna — jak echo dawnego życia, które mogłoby jeszcze zostać odzyskane.
Druga była ciemna i pulsująca, pełna obietnicy mocy, która nie zna granic.
Trzecia była nieczytelna — jakby las sam zapominał, czy w ogóle istnieje.
– Wybierz — powiedział Triumval cicho. — A jeśli się pomylisz, nie będziesz już musiała iść dalej. Ja pójdę za ciebie.
Thalira cofnęła się o krok. Korzeń Lacertisa zadrżał, jakby ostrzegał, ale nie wskazywał.
Przez chwilę słyszała tylko własny oddech i szum lasu, który zdawał się ją otaczać ze wszystkich stron naraz.
– Jeśli dobrze wybiorę… dotrę do Audrithry — powiedziała cicho.
– Jeśli źle — Triumval uśmiechnął się trzema uśmiechami naraz — to ja stanę się twoim wyborem.
Ścieżki pulsowały coraz mocniej.
I wtedy Thalira zrobiła krok do przodu — nie w stronę światła, nie w stronę mroku, lecz tam, gdzie las był najgęstszy, a granica między wszystkimi trzema drogami zaczynała się rozpływać.

Rozdział 6

Uważaj, o co prosisz

Audrithra Vireluna – Uważaj, o co prosisz Las Fantasmagoru zagęścił się do granic istnienia, aż światło stało się tylko wspomnieniem, a przestrzeń zaczęła oddychać własnym rytmem. Thalira Virell przeszła przez ostatnią zasłonę mroku prowadzona nie drogą, lecz pulsującym korzeniem Lacertisa, który teraz drżał jak żywa mapa.
I wtedy go zobaczyła.
Audrithra Vireluna nie przypominał rośliny. Był zjawiskiem. Kwiatem utkanym z ciemności i gwiezdnego światła, pulsującym rytmem, który nie należał do żadnego świata. Jego płatki otwierały się i zamykały powoli, jakby oddychał czymś większym niż powietrze.
Nie przemówił.
Myśli uderzyły w jej umysł jak fala.
„Trzy życzenia. Trzy wybory. Trzy konsekwencje.”
Thalira cofnęła się instynktownie, ale było już za późno — kwiat nie pytał, tylko słuchał tego, co w niej najgłębsze.
Pierwsze życzenie wypowiedziała ostrożnie. Chciała wiedzy. I natychmiast zobaczyła wszystko: własną przeszłość, przyszłość i każdą możliwą wersję siebie, aż jej umysł niemal pękł od nadmiaru istnienia.
Drugie życzenie było pragnieniem siły — i ciało Thaliry wypełniło się mocą, która sprawiała, że las ugiął się przed nią, jakby uznał ją za coś więcej niż człowieka.
Trzecie życzenie… zawahało się na granicy jej myśli.
„Uwolnij mnie” — pomyślała. „Zdejmij ze mnie zaklęcie.”
Audrithra zatrzymał puls.
A potem spełnił.
Nie było bólu. Nie było krzyku.
Było tylko rozpadnięcie się imienia.
Thalira Virell przestała istnieć jako ta, którą była.
Zaklęcie nie zostało zdjęte — zostało spełnione inaczej, niż mogła zrozumieć. Ciało pozostało, ale tożsamość rozlała się po lesie, wrosła w Audrithrę, w korzenie, w cienie i światło. Była wszędzie — i nigdzie.
A kwiat znów zaczął oddychać.
Jakby nic się nie wydarzyło.

Epilog

Jennifer spojrzała w szklaną kulę, w której migotały resztki obrazu Fantasmagoru. Przez chwilę milczała, jakby ważyła w myślach coś, czego nie wypowiada się na głos.
– Kto pragnie zbyt wiele… — powiedziała w końcu cicho — trafia donikąd.
Obraz w kuli zadrżał, ukazując ostatnie echo lasu i pulsujący cień Audrithry Vireluna. Jennifer odchyliła się lekko, a na jej twarzy pojawił się wyraz chłodnej, niemal naukowej ciekawości.
– Spełnił życzenie. Jak zawsze.
Zamknęła dłoń nad kulą, a światło w jej wnętrzu przygasło.
– Ale nigdy nie powiedziałam, że to, co zostaje spełnione, nadal należy do tego, kto prosił.

Ilustracje wykorzystane w artykule zostały stworzone lub zmodyfikowane przy użyciu narzędzi AI i mają charakter artystyczny. Rzeczywisty wygląd produktów przedstawiają zdjęcia na ich kartach produktowych.

Prawdziwe opinie klientów
4.8 / 5.0 555 opinii
pixel